DO ZAGÓRZA

Droga prowadzi przez Zahutyń i Dolinę. Zahutyń. to stara wieś, założona w XV wieku. w Dolinie na wzgórzu stoi cerkiew, wzniesiona w 1836 roku – od 1946 – kościół rzymskokatolicki. W jej wnętrzu barokowy ołtarz z połowy XIX wieku. W wąskiej dolinie Osławy leży miasteczko Zagórz. Osada wzmiankowana w 1412 roku jako własność Tarnawskich. Rozwój Zagórza nastąpił w drugiej połowie XIX wieku i związany jest z buoową linii kolejowej. Po zakończeniu tej inwestycji Zagórz stał się ważnym węzłem kolejowym. Do 1972 roku był osiedlem, zamieszkałym głównie przez kolejarzy oraz robotników zatrudnionych w zakładach przemysłowych Sanoka. Od 1977 roku jest samodzielnym miastem, a także siedzibą gminy. Zagórz liczy około 4,5 tys. mieszkańców. Od lat słynie z bardzo dobrze funkcjonującego handlu – są tu dwa nowoczesne domy handlowe i szereg dobrze zaopatrzonych sklepów różnych branż. Wokół miasteczka rozciągają się ciekawe tereny rekreacyjne, zwolenników kąpieli i wędkowania przyciąga Ostawa, jedna z najczyściejszych rzek w województwie krośnieńskim.

Z obiektów zabytkowych na uwagę zasługuje barokowy kościół parafialny, zbudowany w I połowie XVIII wieku na osnowie murów starszej budowli. W jego wnętrzu, w ołtarzu głównym znajduje się obraz Zwiastowanie z XVI wieku, przemalowany w 1878 roku, odnowiony przez Władysława Pochwalskiego w 1912 roku. Oprócz tego epitafia: Teresy ze Stadnickich Ossolińskiej, zmarłej w 1776 roku, marmurowe Józefa z Tęczyna Ossolińskiego, zmarłego w 1780 roku, marmurowe oraz Onufrego Truskolaskiego, zmarłego w 1808 roku, komornika ziemi sanockiej i właściciela Zagórza, kamienne. W oknach witraże, ufundowane przez rodzinę Gubrynowiczów. Współczesna z kościołem jest murowana dzwonnica, w niej dzwon z pierwszej polowy XIX wieku.

Przy głównej ulicy cerkiew murowana, zbudowana w 1836 roku, pierwotnie greckokatolicka, obecnie prawosławna. Większość wyposażenia pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. Dominującym elementem w panoramie Zagórza są ruiny warownego klasztoru Karmelitów Bosych. Można do nich dojść polną drogą, która biegnie obok kościoła parafialnego. Niedawno ukazała się monografia zakonów Karmelitów Bosych w Polsce, opracowana przez O. Benignusa Józefa Wanata. Książka ta wypełniła szereg luk w historii tego zakonu, w tym także w dziejach obiektu zagórskiego. W połączeniu ze znanymi dotychczas źródłami oraz prowadzonymi na wzgórzu klasztornym badaniami archeologicznymi i pracami konserwatorskimi, pozwala ona na wyjaśnienie wielu faktów związanych z powstaniem i pożarem klasztoru. Zespół klasztorny pudzi od dawna zainteresowanie ze względu na wybitne walory architektoniczne. Poza tym należy on do nielicznych w województwie krośnieńskim zabytków monumentalnych. Z malowniczymi, działającymi na wyobraźnię ruinami związana jest twórczość Zygmunta Kaczkowskiego – „barda szlachty sanockiej”. W ich obrębie umieścił pisarz grób głównego bohatera cyklu powieściowego Ostatni z Nieczujów .

Zabudowania klasztorne stoją na stromym, a od rzeki Osławy zupełnie niedostępnym wzgórzu zwanym Mariemont. Fundatorem klasztoru był Franciszek Stadnicki herbu Śreniawa, od 1697 roku wojewoda wołyński. Jest to o tyle istotna informacja, że w większości publikacji jako fundatora wymienia się Adama Stadnickiego. Jan Franciszek zapisał karmelitom stały fundusz na utrzymanie w szpitalu klasztornym 12 żołnierzy-inwalidów. Prace budowlane rozpoczęto około 1700 roku, zaś w 1714 budowa domu zakonnego była już tak zaawansowana, że mogło w nim zamieszkać kilku zakonników. W tym też roku nastąpiła uroczysta introdukcja Karmelitów Bosych do nowej siedziby. Wprowadzenia dokonał biskup przemyski, Jan Kazimierz de Aiten Bokum.

Kościół i klasztor ukończono przed rokiem 1730, potem wznoszono mury obronne i fortyfikacje. Koszty wyposażenia kościoła poniosła córka fundatora, kasztelanowa wojnicka, Anna Stadnicka. Przeznaczyła na ten cel własne klejnoty i srebra. Efekt trudnej pracy budowniczych był imponujący. Na obszarze dwóch hektarów stanęły wszystkie obiekty klasztorne sakralne i świeckie, zabudowania gospodarcze, zaś na dziedzińcu wykopano kilkudziesięciometrowej głębokości studnię. Cały kompleks obiektów otaczały potężne mury forteczne z piaskowca wydobywanego z koryta Osławy. W centralnej części wzgórza strzelały wieże barokowego kościoła. Unikalnym akcentem architektury tego obiektu była ośmioboczna nawa główna, przykryta płaską kopułą. Nie miała okien, światło docierało do niej z kaplic bocznych i kruchty. Inna osobliwość, to umie-szczenie ambony po prawej stronie nawy.

Efektownie wyglądała bogata polichromia, głównie zaś iluzjonistyczne ołtarze, malowane techniką freskową, zachowane do tej pory. Jej autorem był malarz włoski, ten sam, który wykonał freski w kościele św. Michała we Lwowie. Na północny zachód od kościoła wznosił się klasztor. Posiadał dwie kondygnacje, w każdej znajdowało się po 11 cel dla zakonników, ponadto większe pokoje dla przeora i gości oraz sala rekreacyjna. W pewnym oddaleniu od zabudowań klasztornych wzniesiono szpital. Najpierw przebywało w nim 12 żołnierzy weteranów, następnie tylko 5. Prawo wyboru i osadzania żołnierzy w szpitalu miał dziedzic Leska.

W szczytowym okresie rozwoju w klasztorze mieszkało 20 zakonników. Na początku XIX wieku następuje upadek siedziby braci zakonnych wizytacje prowadzone przez władze zwierzchnie donoszą o zaniku reguły, złej gospodarce, szerzącym się zgorszeniu. 26 listopada 1822 roku, w czasie kłótni z przeorem, o. Jan Włodzimierski spowodował pożar. Próby gaszenia ognia nie przyniosły rezultatów, spłonął częściowo kościół i prawie całkowicie klasztor. Ojca Włodzimierskiego odstawiono do więzienia we Lwowie, a po jakimś czasie osadzony został w domu poprawczym dla zakonników w Przeworsku.

Karmelici nie mieli dość środków, żeby podjąć się remontu, toteż przeniesiono ich z Zagórza do innych klasztorów. Dopiero po II wojnie światowej, kiedy klasztor w Zagórzu znów znalazł się w rękach zakonu, podjęto próbę jego restauracji. Entuzjastą odbudowy był o. Jozef Prus. Po otrzymaniu zezwolenia konserwatora wojewódzkiego w Rzeszowie, zamieszkał w zachowanej jeszcze części przytułku dla weteranów i przystąpił do ożywionej działalności. W 1957 roku opracowano projekt odbudowy, rozpoczęto odgruzowywanie obiektów. W latach 1959 -1962 zabezpieczono mury i elementy konstrukcyjne kościoła. Na tym jednak prace się zakończyły. Zmarł o. Józef Prus i wobec braku funduszy zrezygnowano z kontynuowania remontu.

Od tego czasu obiektami nikt się nie zajmuje, popadają one w coraz większą ruinę. Pozostała natomiast legenda: W dawnych czasach w leskim zamku, wznoszącym się nad stromym brzegiem Sanu, rezydował starosta. Był to zły i przewrotny człowiek, gnębił na wszystkie sposoby swoich poddanych, zatruwał życie sąsiadom. Dufny w potęgę chroniących go murów i siłę wojskowej drużyny, wielkie gwałty czynił w okolicy, a ludzie unikali go jak ognia – zwłaszcza ci, którym przyszło poznać bliżej zamkowe lochy. Trzeba przyznać, że były wyjątkowo zimne i ponure, a wychodziło się z nich nader rzadko. Żyjący wesoło i beztrosko starosta miał oddanego sługę, piastującego godność szafarza. Był on równie przewrotny i zły, jak i jego pan, ale jego łotrostwa, siłą rzeczy, nie dorównywały szaleństwom starosty.

Los dał szafarzowi córkę, o urodzie zachwycającej każdego. Jej włosy były miękkie, puszyste i złote jak pszeniczny łan, oczy ciemne o nieprzeniknionej głębi, pierś kształtna, postawa pełna szlachetności i dumy. Dziewica ta nie znosiła wszelkiego kłamstwa i występku, szanowali ją ludzie, a matki stawiały za wzór swoim córkom. Ojciec panny śnił o sławie i bogactwie, przez większą część życia służył staroście wiernie, spodziewając się wielkich profitów za współudział w licznych Krętactwach i ciemnych sprawach. Czyż można jednak budować nadzieję na szczodrobliwości chciwca?

Nic dziwnego, że szafarz jął myśleć nad innymi sposobami wzbogacenia i w końcu znalazł to, czego szukał. Postanowił, że wyda córkę za bogacza, a potem odpowiednio wykorzysta majętnego zięcia. Upatrzył sobie kandydata, co prawda szpetnego starca, posiadającego wszelako rozległe ziemie, liczne stada bydła, lasy i gospodarne wsie. Był on wdowcem i rzecz jasna nie miał nic przeciwko temu, żeby pojąć za zonę młodą i piękną dziewczynę. Ale Krystyna – bo takie było imię tej panny – nie chciała się poddać woli ojca – wszak jej serce już dawno uczyniło całkiem inny wybór. Spodobał jej się młody, piękny chłopiec, smukły jak sosna, o oczach ognistych i śmiałych. Młodzieniec odwzajemniał to uczucie, cóż z tego, skoro był biedny jak przysłowiowa kościelna mysz i niewielkie miał widoki na jakąś gwałtowną odmianę losu.

Mimo wszystko jednak, ulegając namowom wybranki serca, udał się do jej ojca, padł mu do nóg i pokornie poprosił o rękę dziewczyny. Stary zawrzał gniewem, w głowie mu się nie mieściło takie zuchwalstwo. Kazał mu się wynosić z domu, a Krystynie zabronił spotkań z biednym Józefem. Zlekceważyła nakaz ojca, więc ją kutwa i okrutnik zamknął w wieży i zbrojną strażą otoczył.

– Postąpisz zgodnie z moją wolą – wołał z wściekłością – a jeśli nie zechcesz, to cię do tego zmuszę!

Kiedy ochłonął z gniewu zaczął się zastanawiać, w jaki sposób rozłączyć młodych. Trudno komuś zabronić kochać, nawet jeśli jest to rodzone dziecko. Nie wiedząc, co począć, udał się po radę do starosty. Pan na leskim zamku wysłuchał wiernego sługi i obiecał pomoc. Korzystając ze swei władzy wysłał chłopaka do wojska – daleko od rodzinnego domu. Poszedł więc Józef na skraj świata, z rozpaczą w sercu – nie pozwolono mu się nawet pożegnać z ukochaną. Biedna Krystyna próżno roniła gorzkie łzy, daremnie błagała srogiego ojca o litość. Pozostał nieugięty, widząc jednak że dziewczyna uparcie odmawia poślubienia bogatego starucha, uwolnił ją z wieży, licząc na to, że czas osłabi jej uczucia i uczyni ją bardziej uległą. By dopiąć swego celu przemienił się w czułego, kochającego ojca, gotowego spełnić każdą zachciankę umiłowanego dziecięcia.

Tymczasem Józef dzielnie służył cesarzowi, prze-wędrował siedem gór i rzek, nie było takiej bitwy, w której by się nie odznaczył – trudno zliczyć, ile odniósł ran. Chłostał go mroźny wiatr, paliło słońce, lichy żołnierski obóz stał się mu domem, a matką – wierna szabla. Ale choć maszerował daleko od rodzinnego kraju, wciąż myślą był z ukochaną. Jej obraz nosił w sercu, a w tornistrze pukiel jasnych włosów, nad którym nieraz w skrytości zapłakał.

Mijały miesiące – upływały lata, ciągnące się jak wieki całe. Aż wreszcie, gdy minęło lat pięć, spotkała go nagroda. Za trudy i przelaną krew został zwolniony z dalszej służby i mógł wrócić do domu. Natychmiast zapomniał o zmęczeniu – pędził jak na skrzydłach do ukochanych gór, lasów, do lubej dziewczyny. Wierzył, że Krystyna wciąż czeka na jego powrót, że pozostała mu wierna, tak jak on jej. I co powiecie? Otóż nie zawiódł się w swych rachubach – czekała rzeczywiście, oparta się won ojca, wciąż była piękną młodą panną, przyćmiewającą blaskiem urody inne dziewczyny. Z łzami radości powitała kochanka – myśleli oboje, że chciwiec, wzruszony niezwykłą, nawet jak na owe czasy, stałością uczuć, przestanie się sprzeciwiać i pozwoli na połączenie serc małżeńskim węzłem.

Mylili się niestety, żołnierz znów dostał kosza i znów naraził się na szyderstwa i obelgi. Szafarz zaś udał się w te pędy do starosty. Okazało się, że możny pan ma już gotowy plan ostatecznego pozbycia się natrętnego konkurenta. Zaraz kazał wezwać do siebie Józefa, przybrał wielce współczujący wyraz twarzy i tak rzecze:

– Wiem, że kochasz Krystynę i pragniesz ją mtec za żonę. Pomogę ci w tyrn, ale i ty mi musisz pomóc. Żądam od ciebie niewiele, po prostu mała przysługa. Przysięgnij, że to, co ci teraz powiem zachowasz w głębokiej tajemnicy…

Stał na stromej skale, nad rzeką Osławą, niedaleko Leska klasztor warowny. Otaczały go wysokie, potężne mury szczerzące zęby gęsto rozmieszczonymi blankami. Broniła też klasztoru szumiąca w dole bystra rzeka, obmywająca stopy wzgórza. W razie długotrwałego oblężenia, z warowni można się było wydostać podziemnymi korytarzami, wydrążonymi przez pracowitych i cierpliwych mnichów.

Była ta budowla solą w oku starosty, pod opiekę zakonników chronili się zbiegowie, ludzie wyjęci spod prawa, wszyscy ci, którym udało się ujść przed starościańską władzą. Nie śmiał podnieść ręki na święte miejsce, ale myślał ciągle, jakim sposobem dobrać się do skóry mieszkańcom klasztoru.

Pewnego razu przebrał swoich pachołków za zwykłych zbójców i wyprawił się z nimi na klasztorne wzgórze. Liczył, że uda mu się zaskoczyć strażników klasztoru, ale obrońcy czuwali. Z łatwością odparli napad i gonili ludzi starosty aż pod samo Lesko. On sam omal się nie utopił w Osławię. Upokorzony poprzysiągł zemstę i sposobił się do niej latami. I oto nadarzyła się sposobność realizacji zbrodniczych planów, a ich wykonawcą miał być Józef.

Starosta rozkazał mu, żeby zakradł się w obręb klasztoru i podstępnie wzniecił ogień. Jeśli plan się powiedzie, otrzyma w nagrodę ukochaną dziewczynę. Opętany miłością młodzieniec uwierzył w dobre serce przewrotnego starosty, był przekonany, że po wykonaniu zbójeckiego zadania będzie mógł poślubić Krystynę. Zapomniał o wszelkim rozsądku, nie pomyślał o tym, że wyrządza krzywdę wielu niewinnym ludziom. Cóż, nawet najszlachetniejsze uczucie niekiedy prowadzi do występku.

Ciemną nocą znalazł się, przez nikogo nie zauważony, wśród uśpionych zabudowań klasztornych i zdradziecko podłożył ogień w kilku naraz miejscach. Wszelki ratunek okazał się daremny, całe wzgórze stanęło w morzu pożogi, spłonęły budynki i kościół, ostały się tylko obronne mury.

Starosta, widząc z okien zamku łunę pożaru, zacierał z radości ręce. Potem wysłał strażników, żeby pojmali podpalacza. Tym to sposobem oczyszczał się zupełnie z wszelkich podejrzeń o współudział w przestępstwie, no bo któż by dał wiarę bredniom biednego szaleńca. Teraz dopiero Józef zrozumiał, jakiego się czynu dopuścił i że padł ofiarą podstępu bezwzględnego i mściwego pana.

Związano, wrzucono go na wóz i wieziono do zamkowych lochów. Czekała go straszna śmierć i ludzka nienawiść w ostatniej godzinie życia. Zdał sobie sprawę, że stracił wszystko, a na domiar złego został pospolitym przestępcą. Ogarnął go wielki żal, a potem rozpacz i nie panując nad sobą, pozabijał usiłujących mu przeszkodzić strażników i zbiegł.

Dowiedziawszy się o tym niesłychanym fakcie, starosta najpierw wpadł w furię, a kiedy nieco oprzytomniał, rozesłał na wszystkie strony zbrojnych, żeby znaleźli i schwytali uciekiniera. Zabronił im wracać, jeśli nie wykonają zadania. A tu jeszcze przybiega z lamentem szafarz i powiada, że dziewczyna zniknęła, a ktoś widział, jak ją ten łobuz i przestępca uwoził na koniu starosty.

Doprawdy, tego już za wiele! Więc biega starosta jak oszalały, rozpędza sługi, bluźni okropnie i miota się w bezsile. Już sam nie wie przeciwko komu zwrócić swój gniew. Zbiegów szukano długo, wypytywano o nich ludzi w całej okolicy – wszystko jednak na próżno. Jakby się pod ziemią zapadli i słuch o nich zaginął. Może znaleźli w szerokim świecie jakąś cichą i spokojną przystań, może wreszcie zaznali choć trochę tak upragnionego szczęścia?

Niedługo po tych wydarzeniach zmarł stary ojciec. Nie mógł przeboleć zdrady rodzonej córki. Wkrótce los dosięgnął starostę. Jechał konno wzdłuż brzegu Osła- wy, żeby nacieszyć oczy spalonym klasztorem. Wtem koń się potknął, starosta zleciał na łeb i upadł tak niefortunnie, że skręcił kark. Zamek w Lesku został spalony i zniszczony w czasie licznych wojen, przetaczających się przez tę ziemię. Po latach odbudowano go i dziś stoi jak dawniej, nad brzegiem Sanu, tyle że wygląda nieco inaczej i nie ma w nim starosty.

Zupełnie tak samo jak wówczas prezentują się natomiast ruiny warownego klasztoru nad Osławą. Niektórzy twierdzą, że błąka się wśród nich, przy poświacie księżyca, potępiony duch mściwego starosty: Uczynił tyle złego, że upłynie jeszcze sporo czasu, nim zakończy pokutę. Widoczne z daleka resztki potężnych murów wabią turystów. Z klasztornego wzgórza rozciąga się wspaniały widok na dolinę Osławy, na góry, lasy, na całą tę piękną krainę.

Podobne wpisy