Miasto widziane oczami pisarza

Oddział, w którym odbywał zaszczytną służbę Szwejk, przejechał transportem kolejowym Przełęcz Lupkowską, z pomocą znajdującego się pod nią tunelu, minął Szczawne, gdzie żołnierze mieli sposobność popatrzeć na rozbity przez artylerię pociąg Czerwonego Krzyża. Wreszcie, po podróży pozbawionej większych emocji, żołnierze dotarli do Sanoka. Kapitan Sanger udał się niezwłocznie do sztabu brygady, znajdującego się w koszarach wojskowych, istniejących zresztą do tej pory. Tam zameldował o przy-byciu batalionu .Wyszło na jaw, że kapitan nie należy do najtęższych dowódców, zlekceważywszy bowiem otrzymane w czasie jazdy „jakieś tam telegramy”, przybył do miasta o całe dwa dni za wcześnie. Zakomunikował o tym adiutant brygady, kapitan Tayrle, po czym obaj panowie udali się zgodnie do kawiarni miejskiej, gdzie Tayrle czuł się znacznie lepiej niż w koszarach i gdzie spędzał większość czasu. Dość osobliwa była to kawiarnia:

„Połączone Domy Rozrywek i Kawiarnia Miejska, czyli przedsiębiorstwo, o którym Szwejk wspomniał, było podzielone na dwie części. Kto nie chciał przechodzić przez kawiarnię, wchodził od tyłu, gdzie wygrzewała się na słońcu jakaś stara kobieta. Po niemiecku, po polsku i po węgiersku przemawiała do przybywających tymi mniej więcej słowami: – Niech pan pozwoli, panie żołnierzu, mamy tu bardzo ładne panienki…”

W tym to przybytku bawili panowie oficerowie stacjonujących w Sanoku pułków, a także, choć znacznie skromniej, zwykli żołnierze „niezwyciężonej” armii cesarskiej. Chcąc się ściśle trzymać faktów należy stwierdzić, że w tym miejscu Haszkowi się trochę pomyliło. Kawiarnia, owszem, była i znajdowała się przy obecnej ulicy Świerczewskiego, w stojącym dotąd budynku, częściowo zajmowanym przez sklep mięsny. Natomiast po drugiej stronie tejże ulicy, naprzeciw kawiarni, funkcjonował hotel „Pod Trzema Różami”, do którego wchodziło się przez szeroką, brukowaną bramę, pro-wadzącą również na tyły posesji i podwórze. Można tam było zajechać końmi. Stoi tam teraz nowy budynek, dawny hotel rozebrano przed paru laty. Właśnie ów hotel pełnił funkcję domu schadzek.

Batalion Szwejka rozlokował się w gmachu gimnazjum. odprawy dowództwa odbywały się w auli szkoły. Kiedy Szwejk udał się z polecenia nadporucznika Łukasza na poszukiwania porucznika Duba, bez wahania skierował się do tej „drugiej części kawiarni” i nos go nie zawiódł. Dub był tam rzeczywiście i Szwejk musiał się mocno napracować, żeby pijanego, wygadującego brednie oficera doprowadzić do gimnazjum. Właśnie rozpoczynała się tam odprawa i waleczny porucznik był na tej imprezie osobą raczej zbędną.

Nadporucznikowi Łukaszowi przyszło na myśl, że będzie najlepiej, gdy porucznika Duba ułoży jego służący Kunert w gabinecie fizykalnym, gdzie stała straż, aby ktoś nie ukradł nierozkradzionych jeszcze minerałów gabinetu. Na pilnowanie tego miejsca stale zwracało uwagę dowództwo brygady. Troskliwość dowództwa zrodziła się w chwili, gdy jeden z batalionów honwedów, ulokowany w gimnazjum, zabrał się do rabowania gabinetu. Honwedom podobał się osobliwie zbiór minerałów, barwne kryształy i kamyki, więc ich sobie ponapychali do tornistrów. Na jednym z okolicznych cmentarzyków znajduje się biały krzyż z napisem: Laszlo Gargany. Pod krzyżem śpi snem wiecznym jeden honwed, który podczas rabowania tego gabinetu wypił wszystek denaturowany spirytus z naczynia, w którym znajdowały się różne płazy.”

W pamięci sanoczan zachowały się echa tamtego epizodu. Na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej znajdował się w okresie międzywojennym grób z białym, dwu-metrowej wysokości obeliskiem i węgierskim napisem. Kolorowa pocztówka przedstawiająca widok tego grobu znajduje się w zbiorach Muzeum Historycznego w Sanoku. Mieszkańcy, pytani o ten grób informowali, że leżą tam żołnierze węgierscy, którzy zatruli się spirytusem, wypitym ze słojów z okazami węży i jaszczurek. Po niedługim pobycie w Sanoku, urozmaiconym wy-prawami do „kawiarni”, oddział Szwejka wymaszerował w kierunku Tyrawy Wołoskiej, przemierzając krętą, stromą drogą przez Góry Słonne. W Tyrawie zaszło wydarzenie, także związane z niefortunnym porucznikiem Dubem, cierpiącym z powodu potężnego kaca:

„…Potem porucznik Dub zawołał swego służącego Kunerta i kazał mu się postarać o dzban wody. Ku czci Kunerta trzeba powiedzieć, że bardzo długo szukał w Turowej-Wolskiej (tak przekręcił nazwę Tyrawy Wołoskiej Haszek – przyp. aut.) i dzbana, i wody. Dzban udało mu się wreszcie ukraść księdzu plebanowi, a wodą napełnił go z pewnej studni, całkiem zabitej deskami. W tym celu musiał oczywiście wyrwać kilka desek, ponieważ studnia była zabita nimi jako podejrzana, że ma wodę tyfusową.” nowe obiekty publiczne, szkoły, wzniesiono m.in. Dom Żołnierza Polskiego z dużą salą widowiskową, budynek Komunalnej Kasy Oszczędności. Powstało gimnazjum żeńskie i szkoła handlowa. W 1934 roku zostało założone Muzeum Ziemi Sanockiej. Zainstalowano oświetlenie elektryczne, gaz, a w 1936 roku uruchomiono stację wodociągów. W tym samym roku Sanok był widownią wielkiej imprezy folklorystycznej: Zjazdu Górskiego. Wojna przerwała okres pomyślniejszego rozwoju. 9 września 1939 roku do miasta wkroczyły oddziały niemieckie. Wśród pierwszych aresztowanych przez hitlerowców obywateli znalazł się burmistrz Sanoka – Maksymilian Słuszkiewicz. Został wywieziony do Niemiec i zamordowany. Dramatyczna i bohaterska była walka ostatnich polskich żołnierzy z hitlerowskim najeźdźcą. Bój taki miał miejsce 10 września w Bykowcach pod Sanokiem, przy drodze prowadzącej w kierunku Przemyśla.

… Żołnierze wlekli się zakurzoną, wyboistą drogą powłócząc obolałymi, pokrytymi pęcherzami nogami. Miasto zostało za nimi milczące, oniemiałe, zastygłe w trwożnym oczekiwaniu. Nawet z tej odległości szara bryła zamku rysowała się ostro i wyraziście, podkreślona światłem i cieniem.

Oddalali się od miasta w tym samym czasie, kiedy z drugiej strony wjeżdżały samochody i wozy pancerne wroga. Niemcy bez jednego strzału brali w posiadanie ulice, place, domy… Mijali właśnie opłotki Bykowiec. Dzieci wybiegły na drogę podnosząc bosymi stopami tumany kurzu. Patrzyły oczarowane na żołnierską kolumnę. Dla nich to było wojsko, siła ramion i karabinów, poczucie bezpieczeństwa. Tylko dorośli znali prawdę. Umysły rozważne i trzeźwe, choćby żywiły nierozumną nadzieję, znają właściwą proporcję między kroplą wody a jeziorem.

Nie było przyjaznych okrzyków, kwiatów – była cisza ledwie przytłumiona głosem butów, przebierających pył. Gorsza od huku dział, paląca wstydem za siebie, za innych. Na skraju wsi porucznik Zaremba rozdzielił żołnierzy. Jedna grupa zaczęła się wspinać na leżące po lewej stronie drogi zalesione wzgórza, z pozostałymi zagłębił się w gęstej kukurydzy, rosnącej po prawej stronie szosy. Wiatr szeleścił długimi listkami, chwiały się grube, ciężkie kaczany wypełnione złocistym ziarnem.

Zapadli w zieleń, sprawnie zajęli stanowiska, lufę ce- kaemu zwrócili w kierunku widniejącego nie dalej niż sto metrów nasypu, którym biegła droga. Sprawnie pracowały krótkie łopatki, żołnierz wgryzał się w przyjazną mu ziemię, dającą osłonę przed kulami wroga. Zaremba położył się przy celowniku i spojrzał na przedpole. Widział przed sobą odcinek szosy, przynajmniej pięćsetmetrowy – miał go jak na dłoni. Ten, kto zechce tędy przejechać, znajdzie się w zasięgu ognia, bliskiego, morderczego. Żołnierze zalegli w łanie kuku-rydzy, ciągnącym się aż do Sanu, odpoczywali, palili. Mijały godziny, było już późne popołudnie. I nagle usłyszeli narastający powoli, coraz głośniejszy warkot motorów, dochodzący od strony Sanoka. To musieli być Niemcy, pewni swego, bezkarni, dufni w siłę stalowych maszyn, niezawodność motorów, doskonałość broni i ludzi. Za kilka minut znajdą się naprzeciwko łanu kukurydzy, a wtedy…

Zdenerwowanie rosło, pociły się ręce ściskając chłodną powierzchnię stali. Żołnierze w napięciu wpatrywali się w perspektywę drogi, ukradkiem zerkali na dowódcę. – Żeby to się zaczęło – Zaremba czuł, że coraz mu trudniej utrzymać nerwy w garści. W tym momencie zza zakrętu wyjechał motocykl z przyczepą. Kierowca i żołnierz rozglądali się na wszystkie strony – nie wyglądali na zaniepokojonych. W od-ległości kilkudziesięciu metrów za motocyklem zaczęły się pojawiać, jeden za drugim samochody ciężarowe, wypełnione wojskiem. Jeden, drugi, trzeci, czwarty. To była duża kolumna nieprzyjaciela, o wiele za duża na atak z zasadzki.

Ale porucznik i jego żołnierze pragnęli za wszelką cenę tej walki, chcieli wreszcie stanąć twarzą w twarz z wrogiem, zmusić go do strachu, paniki. Dość mieli ciągłego cofania się, odwrotów. Dał znak, huk wystrzałów targnął powietrzem. Motocykl zatoczył na szosie łuk, przechylił się nad rowem i znieruchomiał. Buchnął kłębem dymu i ognia. Żołnierz próbował wyskoczyć z przyczepy, ale celny pocisk przygwoździł go na miejscu. Z samochodów, które gwałtownie hamowały, wysypywali się hitlerowcy. Zaskoczeni biegali bezradnie obok pojazdów, miotali się na wszystkie strony, krzyczeli. Oficer, który wy-skoczył z szoferki, wymachując pistoletem, usiłował zaprowadzić jakiś ład. Ale wtedy właśnie zagrał cekaem porucznika – niemiecki oficer rozkrzyżował ręce i upadł na twarz, od pocisków zapalił się jeden samochód, po nim drugi. Szukający osłony za samochodem hitlerowcy wyskoczyli na otwartą przestrzeń, kosiły ich serie cekaemu, ścinały kule strzelców ukrytych w kukurydzy i tych, przyczajonych na wzgórzach.

W końcu jednak Niemcy zorientowali się, że przeciwnik nie jest zbyt liczny, umiejscowili jego położenie, zwrócili w stronę kukurydzy ciężką broń, moździerze. Teraz już bohaterska walka małej grupki nie mogła trwać długo. Zaremba zrozumiał, że śmierć jego żołnierzy niczego już nie zmieni, rozkazał więc, aby wycofali się w stronę Sanu, przeszli przez rzekę i ratowali się każdy na własną rękę. W ten sposób rozwiązał swój oddział. Kiedy współtowarzysze broni odeszli, walczył nadal, aż do wyczerpania amunicji. Rannego, bezbronnego wzięli Niemcy do niewoli. Rozwścieczony porażką i dużymi stratami, zadanymi przez tak mały oddziałek dowódca hitlerowskiej kolumny, nie zważając na stan porucznika wymagający pomocy lekarskiej, uderzył go w twarz. W odpowiedzi porucznik Zaremba plunął mu w oczy. Wtedy Niemiec dostał szału, wyszarpnął z kabury pistolet i zastrzelił jeńca. Przez trzy dni hitlerowscy oprawcy nie zezwolili na pochowanie zwłok, leżących w przydrożnym rowie. Wreszcie spoczęły one na wiejskim cmentarzu w Bykowcach, w towarzystwie poległych współtowarzyszy broni

W pobliżu miejsca, gdzie rozegrała się ostatnia bitwa Września na ziemi sanockiej, stoi obecnie pomnik, według projektu Wojciecha Kurpika, wzniesiony ze składek społeczeństwa. Spośród łanów zbóż wyrasta czerwono biała bryła o postrzępionych brzegach, symbolizująca sztandar poszarpany przez kule. W tragiczną rocznicę odbywają się tu patriotyczne manifestacje, do niedawna jeszcze odwiedzał Bykowce ojciec zmarłego tragicznie porucznika… jeniecki. Oto co o nim pisze Kazimierz Konkol, autor opracowania historycznego na ten temat:

„Na prawym brzegu Sanu, tuż obok mostu prowadzącego do Olchowiec odległych o półtora kilometra od Sanoka, stoją masywne zabudowania koszarowe. Wzniesione jeszcze przed I wojną światową, służyły wojskom austriackim. Między wojnami kwaterował w nich 12 pułk strzelców podhalańskich, a po II wojnie – 26 pułk piechoty, prowadzący walki z grasującymi w Bieszczadach bandami UPA. W 1941 roku, po napaści Niemiec hitlerowskich na ZSRR, zabudowania te zajął okupant. Jesienią tego roku przybył do Olchowiec specjalny oddział budowlany armii niemieckiej. Na przy-legającym do koszar wzniesieniu rozpoczęto budowę baraków, ogrodzeń z drutu kolczastego, czterech wysokich wież obserwacyjnych. Okoliczna ludność nie miała wątpliwości co do przeznaczenia obiektu.

Niemcy wyznaczyli mu 3pecjalne zadanie: początkowo jako rejon zbiórki przed wysyłką na roboty przymusowe do Niemiec, a następnie grupowano w nim radzieckich jeńców wojennych. Trzecią część jeńców stanowili inwalidzi i kalecy, w przeważającej mierze bez rąk lub nóg. Przez obóz przewinęło się wiele tysięcy ludzi. Dokładna ich liczba jest obecnie trudna do ustalenia. Opierając się na zeznaniach świadków, można ją określić tylko szacunkowo. Np. Jan Milczanowski stwierdza, że w pierwszej turze przywieziono do obozu około 3 tys. jeńców, a przez obóz przeszło ich około 16 tysięcy. Według relacji Stanisława Ocha, w maju 1944 roku było w obozie 6 tys. ludzi, a Jan Bar utrzymuje, że w okresie od jesieni 1943 do lata 1944 w Olchowcach więziono przeszło 10 tys. jeńców.

Ile z tej masy więźniów pozostało na zawsze w Olchowcach? Dotąd nie znaleziono dokumentów pozwalających dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Jan Bar, obserwujący obóz od jesieni 1944 r. do czasu jego likwidacji stwierdza: – Z obozu wywożono 20-30 trupów dziennie i chowano na dzisiejszym cmentarzu. Inny świadek podaje, że zimą umierało 25 osób dziennie, a latem 15. Dane te pomnożone przez 34 miesiące trwania obozu, dawałyby w przybliżeniu prze-szło 20 tys. ofiar. Jednak na podstawie rozmiarów miejsca grzebalnego dla jeńców w pobliżu obozu za bardziej bliższą prawdzie przyjąłbym liczbę około 10 tys. zmarłych.

…Nędzne ubranie, głodowe racje żywnościowe i zimno powodowały liczne choroby i epidemie, dziesiątkujące więzionych. Jeńcy chodzili ubrani w mundury najrozmaitszych wzorów. Wyjątek stanowiła grupa, którą przywieziono w październiku 1943 roku ze zlikwidowanego na terenie ZSRR obozu w Tepeszówce. Obóz ten liczył 18 tys. osób, do Olchowiec dotarło ich tylko 600. Martwych Niemcy przywozili ze stacji furmankami i układali na wzgórzu obok izby chorych. Niektórzy mieli powyrywane kawałki mięsa z pośladków, jakby ktoś rwał je palcami. Widocznie z głodu karmiono się ciałami zmarłych kolegów.

Niektórym z jeńców udało się zbiec – znajdowali schronienie w Górach Słonnych, pomagali im okoliczni mieszkańcy. Część z nich wstąpiła do oddziału partyzantów radzieckich Berensztejna, który działał w tym rejonie. Latem 1944 roku radzieckie samoloty zrzuciły kilka bomb w sąsiedztwie obozu. Niemiecka załoga uciekła w popłochu, jeńcy zaś przerwali ogrodzenie i ukryli się w lesie, gdzie doczekali nadejścia własnych oddziałów. Taki był koniec istnienia obozu jeńców radzieckich w Olcnowcach. Widoczny tu dziś obelisk przypomina, że na obozowym cmentarzu pozostało ich około 10 tysięcy.

Niemal od pierwszych dni okupacji rozpoczęła się w Sanoku działalność konspiracyjna. Oto jak jej początki wspomina Aleksander Rybicki, żołnierz AK, komendant placówki łączności zagranicznej: „Organizowanie ruchu oporu rozpoczęto w Sanoku już w grudniu 1939 roku. Pamiętam, że pojawił się wówczas w mieście niejaki kapitan „Czarny” i z miejsca przystąpił do ożywionej działalności w fabryce wagonow. Niemcy wpadli jednak szybko na jego trop i „Czarny” musiał uchodzić. Po paru miesiącach podjęto kolejną próbę, tym razem lepiej przemyślaną. Inicjatywa wyszła z Warszawy, na Podkarpacie dotarli emisariusze ZWZ. W marcu 1940 roku otrzymałem od kapitana Pieńkowskiego, ps. „Brona” rozkaz udania się do klasztoru w Miejscu Piastowym, gdzie wyznaczono mi pierwsze zadanie. Miałem zorganizować siatkę podziemną ZWZ w Sanockiem w ramach tworzącej się sieci okręgów i obwodów.

Z wielką energią i zapałem zabrałem się do roboty. Najpierw powstały placówki w Sanoku, Mrzygłodzie, Nowotańcu i Niebieszczanach, stopniowo ich liczba zwiększała się. W kwietniu szkielet organizacji wraz z niezbędnymi punktami kontaktowymi, systemem łączności w zasadzie był gotowy. Mogliśmy przystąpić do zasadniczej działalności. Pierwszym zadaniem była akcja wymiany pieniędzy. Otóż władze okupacyjne ogłosiły, że można wymieniać złotówki emitowane przez przedwojenny Narodowy Bank Polski na pieniądze pochodzące z okupacyjnego banku emisyjnego, stanowiące wówczas oficjalne środki płatnicze. Była to kapitalna okazja, żeby zdobyć środki na działalność konspiracyjną. Warunek był jeden, ale za to trudny: należało dostarczyć do Polski znaczną ilość pieniędzy, wywiezionych za granicę po klęsce wrześniowej. Znajdowały się one przede wszystkim na Węgrzech.

Postanowiliśmy wykorzystać odcinek granicy bezpośredniej z Węgrami, przebiegający w rejonie Cisnej. Strzegła go ukraińska służba graniczna. Dość szybko udało się zorganizować punkty kontaktowe. Jeden z nich, o znaczeniu szczególnym, znajdował się w Żubraczem, w mieszkaniu Heleny Kosiatkiewicz, ps. „Doliwa”. Dwa razy w tygodniu następował przerzut pieniędzy do Sanoka, do określonych punktów. Były to mieszkania: Ludwika Dziubana – rzeźnika, który potem zginął w Oświęcimiu, Wicherta – urzędnika banku emisyjnego, rozstrzelanego później w Tarnowie, Aleksandra Kramiszewskiego – fryzjera, Janiny Grzyb i Mieczysława Wełutowicza. Stąd pieniądze dostarczaliśmy do klasztoru w Miejscu Piastowym. Wymiany dokonywano przeważnie w Sanoku, Jaśle, Krośnie, a pieniądze odsyłano do Komendy Głównej ZWZ w Warszawie. Przez granicę przerzucano duże kwoty – od 250 tys. do 2 min zł.

Pamiętam, że pewnego razu przez granicę węgierską przechodziła kurierka „Zosia” z „bagażem” 265 tys. zł. Miała te pieniądze w walizce oraz w luźnych, owiniętych w papier paczkach. Przez niedopatrzenie z paczek nie usunięto pieczęci Narodowego Banku Polskiego. W razie „wpadki” los kurierki byłby przesadzony. Wraz z „Zosią” szedł również przewodnik, który miał ją przeprowadzić przez granicę.

Wskutek pomylenia trasy, w pobliżu Cisnej wpadli na straż graniczną, która otworzyła do nich ogień. Przestraszony przewodnik uciekł na stronę węgierską, „Zosia” zaś, nie tracąc zimnej krwi, zdołała się wymknąć obławie i ukryła się w lesie. Znalazła się jednak w całkiem obcym terenie, zabłąkana, z ciężkim bagażem. Kiedy ucichła strzelanina dziewczyna usiłowała wydostać się z lasu, lecz kręciła się tylko w kółko nie mogąc znaleźć drogi. Błąkała się po wertepach, przemarznięta i głodna. Na domiar złego zaczął padać deszcz, źle zabezpieczone paczki rozmokły, pieniądze wysypały się na ziemię. Zebrała je ostrożnie i zawinęła we własny płaszcz. Nocą wyszła wreszcie z lasu i ujrzała zabudowania jakiejś wioski. Musiała zaryzykować. Podeszła ostrożnie do jednej z chałup i zapukała w okno. Po chwili drzwi się uchyliły „Zosia” znalazła się w objęciach „Doiiwy”. Miała niezwykłe szczęście – trafiła właśnie do punktu kontaktowego.

Po krótkim odpoczynku udała się w dalszą drogę, dotarta do Bukowska i tu wsiadła do autobusu jadącego do Sanoka. Kiedy myślała, że najgorsze ma już za sobą, do autobusu wsiadło dwóch policjantów ukraińskich i rozpoczęło kontrolę pasażerów. Jeden z nich podszedł do „Zosi”.

– Co tam pani ma? – spytał, wskazując na solidnie wypchaną walizkę. „Zosia” r.ie straciła zimnej krwi i z pewną siebie miną odpowiedziała: – Żywność! A jak pan chce, niech pan sam zobaczy. Policjant zawahał się, zrobił krok do przodu, potem jednak machnął niecierpliwie ręka, mruknął coś do siebie i ponaglany wołaniem kolegi odszedł. ..Zosia” odetchnęła ”

Sanok był punktem kontaktowym kurierów udających się na Węgry, przechodziła tędy wielokrotnie słynna kurierka – Maria Szerocka, ps. „Mucha”. Mieszkał tu inny, kurier – Jan Łożański. Przez granicę przerzucano meldunki, broń, amunicję, ludzi.

Podobne wpisy