WYCIECZKI W OKOLICE SANOKA

Góry Słonne – zamykają od północy spory fragment doliny Sanu w rejonie Sanoka, chronią ją przed podmuchami zimnych wiatrów i pozwalają na wytworzenie specyficznego mikroklimatu. Podczas gdy na północnych stokach, w cienistych dolinach śnieg leży często jeszcze w drugiej połowie kwietnia, na południowych, już w marcu robi się zielono i kwitną wiosenne kwiaty. Na nasłonecznionych polanach żyją rzadkie gatunki owadów i motyli, na czele z pająkiem korsarzem – reliktem fauny z okresu trzeciorzędu, rosną unikalne drzewa i krzewy, wśród nich zaś, ginący w naszym kraju, bluszcz pospolity.

Spomiędzy skał tryskają źródła wód mineralnych. U szczytu jednej drogi, przecinającej Góry Słonne i biegnącej z Załuża do Tyrawy Wołoskiej, tworzącej malownicze serpentyny, jedno ze źródeł ujęte zostało w betonową cembrowinę. Woda nie jest jednak słona, ma smak zepsutych jajek, świadczący o zawartości związków siarki. Nikt jej nie eksploatuje – nie licząc przygodnych turystów – więc spływa dc Tyrawskiego Potoku. Mineralne wody stanowią największe bogactwo tego górskiego pasma, interesowano się nimi od dawna. Przed wojną istniał nawet projekt budowy uzdrowiska w najpiękniejszej bodaj wsi Gór Słonnych – Lisznej. Jest ona usytuowana w ciasnej, otoczonej wysokimi zboczami dolinie i choć odległość od Sanoka wynosi tylko 7 km, brak dobrej drogi sprawił, że Liszna rozwijała się w izolacji, której resztki widać dziś w charakterystycznych cechach ludowej architektury.

W 1923 roku powstało prywatne sanatorium doktora Domańskiego, w lesie, na pograniczu Olchowiec i Białej Góry, niemal naprzeciwko Orlich Skał – szczytu o wysokości 544 m, zbudowanego ze skał, przypominających trochę podkrośnieńskie Porządki”. Budynek sanatoryjny był murowany, tonął w zieleni. Znajdowała się przed nim fontanna, alejki prowadziły nad San, gdzie urządzono plażę i kąpielisko. Woda mineralna docierała do każdego pokoju pod własnym ciśnieniem. Leczono tu choroby kobiece, nerwowe, stosowano hydro-elektroterapię, kąpiele w solankach. Sanatorium cieszyło się dużą popularnością.

W 1941 roku, w dniu napaści niemieckiej na Związek Radziecki, hitlerowcy skierowali ogień artyleryjski ze wzgórza zamkowego w Sanoku właśnie na ten obiekt (jak wiadomo ówczesna granica biegła Sanem, a Olchowce znajdują się po jego prawej stronie, podczas gdy Sanok po lewej). Pociski załamały dach, wznieciły pożar i w rezultacie budynek spłonął. Obecnie porośnięte krzakami malin ruiny i fragment fontanny przypominają o istnieniu zdroju. Do tej pory nie przeprowadzono kompleksowych badań wód mineralnych w Górach Słonnych, a w planach gospodarczych województwa problem ten nie znajduje odbicia. Natomiast walory przyrodnicze zadecydowały o tym, że całe to pasmo górskie znajdzie się pod ochroną, jako park krajobrazowy. Uniemożliwi to chaotyczną zabudowę, nieprzemyślaną eksploatację zasobów leśnych, dewastację środowiska naturalnego.

Góry Słonne były terenem osadniczym już w V w. pne. Z tego to czasu pochodzą cmentarzyska w Międzybrodziu i Załużu, osada w Tyrawie Solnej. We wczesnym średniowieczu, w wiekach X-XIII, istniały grodziska na tzw. Diablej Górze w rejonie Tyrawy Solnej, na Białej Górze koło Sanoka, w Tyrawie Wołoskiej, w Hołuczkowie.

W czasie badań archeologicznych grodziska na Białej Górze (529 m. npm. ), natrafiono na ślady dramatu, jaki rozegrał się tu w XII lub XIII wieku. Otoczony wysokim wałem i fosą gród, został zaatakowany przez bliżej nieznanych napastników. Mieli oni dużą przewagę, mimo to mieszkańcy bronili się dzielnie. Przestrzeń DO obu stronach wałów, fosa, dziedziniec usłane są dziesiątkami żelaznych grotów strzał – walka musiała być zaciekła. Cienka warstwa ziemi, mchów kryje resztki konstrukcji domostw, potłuczone gliniane naczynia, zniszczone przedmioty codziennego użytku. Widać wróg wdarł się w końcu na dziedziniec, tylko nielicznym mieszkańcom udało się ujść z życiem. Być może ci, którzy ocaleli, założyli potem, po drugiej stronie Sanu, Sanok. Jak głosi legenda, Góry Słonne zrobiły duże wrażenie na królowej Bonie. Odbywała częste wycieczki po okolicy. W czasie jednej z nich na Białej Górze, pod samym lasem, koń na którym jechała potknął się nagle i zarył kopytami głęboko w ziemię. W miejscu tym trysnęła woda o niezwykłym smaku i cudownych, leczniczych właściwościach. W późniejszych latach źródło zabezpieczono kamienną cembrowiną i dotąd przylgnęła do niego nazwa królewskiej studni.

Ile prawdy w legendzie któż to wie? W każdym razie studnia stoi nadal, gaszą przy niej pragnienie turyści, wycieczkowicze, a mieszkańcy Sanoka ukradkiem wrzucają w przeźroczystą toń monety – na szczęście. Historycznym faktem są natomiast z całą pewnością beskidnicy, czyli zbóje i opryszki, którzy grasowali na całym Podkarpaciu, łupili kupców i podróżnych, nie gardząc także skromnym dobytkiem mieszczan i chłopów. Choć ich zaciekle ścigano i tępiono, w XVII wieku beskidnictwo stało się plagą. Procederem tym trudniła się i szlachta, mieszczanie, rozbójnicy ukrywali, się w miejscach trudno dostępnych, odludnych, w tym także w Górach Słonnych.

W Hołuczkowie koło Tyrawy Wołoskiej, prowadził zbójecką „czerwoną oberżę” niejaki Piotr Ramułt, szlachcic, który dawał beskidnikom schronienie, pośredniczył w sprzedaży zrabowanych rzeczy, a niekiedy sam wysyłał bogatego kupca na tamten świat. Władysław Łoziński w „Prawem i Lewem” przytacza następujący epizod, związany z działalnością Ramułta:

„W 1634 roku wracał z jarmarku jarosławskiego bogaty kupiec z Krotoszyna, Żyd Jeleń, który wiózł z sobą 70000 zł gotówką. Niedaleko Jarosławia, w osławionej karczmie pod Bukiem, zasadziło się na niego kilku opryszków szlacheckiego pochodzenia, a kiedy Jeleń minął karczmę, opadli go na odludnej drodze i złupili do nitki. Łotrzykowie ci należeli do bandy, która miała swoją główną kwaterę u wspomnianego Piotra Ramułta pod Hołuczkowem, tam też udali się wprost spod Jarosławia, aby zdeponować swoją bogatą zdobycz. Odtąd już ich oko ludzkie nie oglądało więcej. Chodziła wieść, że chciwość popchnęła gospodarza do zdrady i morderstwa, i że przy pomocy swego pasierba Samuela Kraińskiego i niejakiego Załuszkowskiego, skrytobójczo zamordował wszystkich trzech opryszków, a ich ciała pogubił, to jest zakopał czy też utopił. Ale Żyd Jeleń, który uszedł był z życiem z napadu, wyśledził złoczyńców aż do Hołuczkowa i udał się do urzędu grodzkiego w Sanoku ze skargą i prośbą o sprawiedliwość.

Podstarości sanocki Jan Pieniążek, rozwinął tym razem niezwykłą energię, wyruszył z gronem szlachty do Hołuczkowa, pojmał Ramułta, okuł i osadził w wieży zamkowej. Cóż tedy dalej? Oto żona uwięzionego, Beata, zanosi protestację przeciwko uwięzieniu męża, opierając się na wyraźnym prawie, że szlachcica osiadłego nie wolno imać i więzić, chyba schwytanego na gorącym uczynku. Ramułt wprawdzie nie posiadał majątku w Sanockiem, ale posiadał coś gdzieś indziej, i nie był schwytany in recenti, nie wzięto go na samym uczynku. Beata wytacza sprawę przed trybunał i sama śpieszy do Piotrkowa, aby poprzeć ją osobiście. Skutek był rychły i stanowczy.

Trybunał orzekł, że urząd grodzki naruszył prawo i nietykalność szlachecką, nakazał Ramułta bezzwłocznie wypuścić z więzienia, skazał podstarościego na karę 120 grzywien i na rok wieży pod rygorem banicji, a Żyda Jelenia za to, że spowodował uwięzienie, na 240 grzywien pod infamią i gardłem. Sama istota czynu, zbrodnia ciężka i oczywista, pozostała na boku, poszła na nieskończenie daleki plan osobnego procesu. Ramułt po 9 tygodniach odzyskał wolność i zupełne bezpieczeństwo swojej osoby aż do przyszłego wątpliwego dekretu, podstarości wyleczył się radykalnie ze swej niewczesnej energii, a złupiony Jeleń odszedł tym razem dosłownie z kwiikiem, bo z poświadczeniem, że pod groźbą miecza zapłacił grzywną”.

Przy tak pojmowanej „sprawiedliwości”, bezprawnie musiało święcić triumfy, toteż krwawy oberżysta wrócił do swej profesji i śmiał się z poszkodowanego w kułak. Nieszczęsny Żyd jest być może owym, przysłowiowym dziś „jeleniem”, bezlitośnie oszukiwanym, wykorzystywanym i nabieranym. Góry Słonne kryły nie tylko bogactwa zrabowane przez beskidników. W rejonie Mrzygłodu działały królewskie żupy solne, dostarczające bardzo poszukiwanego towaru. Sól spławiano tratwami Sanem, przyczyniła się ona do gospodarczego rozwoju miasteczka Mrzygłód i okolicznych wsi.

W XIX wieku odkryto w rejonie Tyrawy Solnej ropę naftową. Właściciel tej wsi miał nadzieję, że ropa uczyni go milionerem, sprowadził więc specjalistyczne przedsiębiorstwo, zajmujące się wierceniami i zlecił poszukiwania na swoich gruntach. Ropy było jednak niewiele, a poza tym spółka poszukiwawcza była opłacana od każdego bieżącego metra odwiertu i nie była zainteresowana efektami końcowymi pracy. Wkrótce więc ziemianin z Tyrawy zbankrutował, nie doczekawszy się „wielkiej nafty”. Do wielu dramatycznych zdarzeń, jakich świadkiem były w przeszłości’ Góry Słonne, współczesna historia dopisała nowe. Po ustaleniu granicy niemiecko-radzieckiej na Sanie, Armia Radziecka przystąpiła do umacniania terenu. Na stokach Gór Słonnych zbudowano betonowe umocnienia, otwory strzelnic skierowane były na rzekę. W czerwcu 1941 roku niemiecka artyleria unieszkodliwiła większość bunkrów, m.in. w Olchowcach, Bykowcach, Manastercu. Broniła się natomiast bohatersko załoga bunkra, znajdującego się naprzeciwko stacji kolejowej w Załużu. Wszystkie próby likwidacji tego punktu oporu kończyły się fiaskiem

Dopiero po wielu dniach hitlerowcom udało się podejść pod ścianę, w której nie było strzelnic. Podłożyli potężny ładunek wybuchowy i wysadzili bunkier w powietrze. Zginęła cała załoga. Obecnie na szarym, poszarpanym betonie widać tablicę, przypominającą upartą, choć przecież beznadziejną walkę radzieckich „pograniczników”. Dwa lata później w górach pojawili się znów radzieccy żołnierze. Byli to skoczkowie, zrzuceni na tyły wroga dla zorganizowania akcji dywersyjnych dostarczania informacji o ruchach niemieckich wojsk. Oddział „Pożarskiego” znalazł pomoc u miejscowej ludności, zwłaszcza w Usznej, Tyrawie Solnej, Olchowcach. Stałym współpracownikiem partyzantów był Franciszek Pastuszczak, właściciel przydrożnej karczmy, któremu dowódca oddziału poświęcił w wydanej w 1972 roku książce, wiele miejsca. „… Otoczyliśmy dom. Nad drzwiami nieduża tabliczka: „Bierhaus – Piwiarnia – F. Pastuszczak”. Daniłczenko i Kuczerow zostali jako osłona. Ja z Kabaszenką wszedłem do niedużej o niskim zakopconym suficie i szarych ścianach izby. W środku było czarno od dymu, pachniało smażonymi potrawami, czosnkiem, piwem, chlebem… Ledwie rozróżniliśmy złożony bukiet zapachów, jakimi była wypełniona ta wiejska restauracyjka. Siedliśmy za zbitym z sosnowych desek stołem, przy samych drzwiach.

– Słuchajcie wszyscy, przyszliśmy tu w dobrych za-miarach – Kabaczenko zdjął czapkę, z kieszeni wydobył grzebyk i starannie przyczesał włosy. Goście w skupieniu patrzyli na nas. Gospodarz – wysoki, dorodny Polak w kamizelce, z zakasanymi rękawami białej koszuli, w skórzanym wytartym fartuchu nie wiedział co zrobić z rękami.

– Co panowie rozkażą – zapytał, podchodząc do stołu.

– Chcemy jeść, a na drogę trochę zapasów chleba i mięsa Płacimy „góralami”.

– Da] panom jeść – powiedział ktoś z sali.

Gospodarz spojrzał na chudziutką dziewczynkę, ta szybko wyszła do sąsiedniego pokoju. On sam wszedł za bufet. Wprawnymi ruchami kroił chleb, szczodrze dołożył na talerz solonych ogórków, nalał dwa kufle piwa i wziąwszy tacę ruszył w naszą stronę. Za nim do stołu podeszła dziewczynka z glinianą misą, wypełnioną po brzegi gołąbkami. Kabaczenko podniósł kufel z piwem.

– Teraz już wiem na pewno, że jesteśmy w Polsce. Tutaj gołąbki to jedna z najbardziej ulubionych raw, podobnie jak na Połtawszczyźnie „wareni- Jedliśmy powoli, starając się przejrzeć stosunek zebranych gości do nas. Pierwszy nie wytrzyma! gospodarz restauracji. Widząc, ze chleb się kończy, podszedł z nowym pełnym talerzem do stołu.

– Kim jesteście panowie? – spytał po rosyjsku.

– Nie pomyliłeś się, jesteśmy Rosjanami.

Gospodarz rozłożył ręce w geście niedowierzenia.

Kabaczenko zdjął wówczas z oparcia krzesła automat.

– Popatrz, widzisz pieczątkę i rok? Mało ci?

– Automat rosyjski i nowy – Polak rozpromienił się – tak więc jesteście z Moskwy. Przestraszyliśmy się trochę, bo myśleliśmy, ze mamy do czynienia z banderowcami.

– Nie gospodarzu, jesteśmy radzieckimi skoczkami.

W sali ludziom rozwiązały się języki. Lód oziębłości powoli tajał. Polacy z nieskrywaną radością patrzyli na nas, ich twarze stały się przyjazne…”

Tak rozpoczęła się współpraca radzieckiego oddziału partyzanckiego z polskimi patriotami. Franciszek Pastuszczak, Józef Sabat, Józef Bodziak, Władysław Ryniak, Piotr Baran, Stanisław Pisiak aktywnie współdziałali z radziecką grupą, zrzuconą w Bieszczady. Wraz z pierwszymi zrzutami broni dla oddziału, dostarczono tez na ten teren paczkę Polska Fala. Gazeta ta była redagowana w ZSRR przez Związek Patriotów Polskich. Informowała o utworzeniu I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Władysław Ryniak odczytywał wzruszony na głos podane przez biuro informacyjne wiadomości z frontu.

„Wypełniając bojowe zadanie dowództwa radzieckiego, polscy piechurzy z oddziałów Dywizji im. Tadeusza Kościuszki i czołgiści z brygady im. Bohaterów Westerplatte, w rejonie miasteczka Ł. przerwali linię obronną Niemców i gwałtownym atakiem wdarli się w jej głąb. Próby przeciwnika zmierzające do powstrzymania ataków polskiej piechoty w drodze zmasowanego użycia bombowców oraz kontratak, wsparty działkami samochodowymi „terdynand” i czołgami, zakończyły się fiaskiem”

Pojawienie się polskiej gazety było dla mieszkańców wielu podsanockich wiosek dużym przeżyciem. Polska Fala szybko rozeszła się po okolicy, budząc wszędzie nadzieje na rychłe wyzwolenie. Odbiło się to również korzystnie na stosunku do radzieckich partyzantów. Nic więc dziwnego, ze oddział „Pożarskiego” powiększał się z każdym niemal dniem. Trafiali do niego jeńcy radzieccy, zbiegli z obozów, przychodzili tez okoliczni chłopi. Hitlerowcy poważnie zaniepokoili się wzrostem siły oddziału, próbowali go też „rozgryźć”, wysyłając swoich szpiegów, myszkujących wszędzie i szukających „kontaktu”. Próby te nie przynosiły spodziewanych efektów, m.in. dlatego, ze polscy współpracownicy partyzantów, orientujący się doskonale w terenie i znający miejscowe stosunki w porę ostrzegali przed podejrzanymi ludźmi, napływającymi do oddziału.

Obóz partyzancki położony był w lesie niedaleko Lisznej. Radiotelegrafiści utrzymywali stałą łączność z „centrum”, odbierali rozkazy, przekazywali meldunki o silach wojsk nieprzyjaciela, ich ruchach, rozmieszczeniu, o transportach wojskowych, nastrojach wśród ludności. Danych tych dostarczali przede wszystkim Polacy, poruszający się po terenie z większą swobodą. Franciszek Pastuszczak uchodził wśród partyzantów za „rozwiedczyka” o szczególnych umiejętnościach. Nie tylko sam zdobywał materiał, ale zorganizował sprawnie działający system przekazywania ważnych informacji. Jego mózgiem była karczma. Dostarczone do niej wiadomości przenosił potem partyzantom Józef Sabat. Bywało tak, ze ze względów bezpieczeństwa Sabat nie mógł przyjść do karczmy . Wtedy Pastuszczak umieszczał zdobyte materiały w kapliczce, stojącej przy drodze do lasu. Kapliczka ta miała niewielką skrzynkę, przeznaczoną na składanie ofiar pieniężnych przez wiernych. Teraz pełniła rolę punktu kontaktowego.

Nie brakowało momentów grozy. Kiedyś niespodziewanie przed karczmę zajechało kilka samochodów pancernych, wypełnionych po brzegi hitlerowcami. Akurat w karczmie byli partyzanci i pożywiali się. Brakowało czasu na wycofanie się.

– Szybko do piwnicy! – rozkazał Pastuszczak, nie tracąc zimnej krwi. Partyzanci stłoczyli się w ciasnej piwniczce, zamarli w bezruchu, odbezpieczyli broń, szykując się do beznadziejnej walki. A tymczasem Niemcy siedzieli spokojnie na górze, pili wódkę i piwo i nie mieli pojęcia, ze ci, których z taką zaciekłością tropią, są w zasięgu ręki. W międzyczasie córka Pastuszczaka pomagała ludziom z od-działu „Pożarskiego” wydostać się z piwnicy, przez małe, ciasne okienko. Wyłazili pojedynczo i znikali w zbawczym lesie, tylko ich dowódca, dysponujący sporą tuszą „zaklinował” się w małym otworze i ani rusz. Przed dom wyszed! niemiecki żołnierz – lada moment dojrzy uwięzionego w okienku partyzanta. Ten jednak w ostatniej chwili zdołał się schować.

Grupa „Pożarskiego” prowadziła działalność rozpoznawczą, ale nie brakowało też akcji zbrojnych, osłabiających morale Niemców, a podnoszących na duchu Polaków. Władysław Ryniak miał licznych krewnych, którzy okazali się dla oddziału wielce przydatni. Przy ich bowiem pomocy nawiązano m.in. kontakt z Frabtem. Był on zatrudniony rta gestapo w Sanoku jako tłumacz, a jednocześnie rysownik. W karnych ekspedycjach przeciwko partyzantom uczestniczyła zwykle policja granatowa, a niekiedy faszystowskie oddziały słowackie i węgierskie. W związku z tym rozkazy, pisane po niemiecku, Frabt tłumaczył na polski, słowacki i węgierski. Wykorzystując jego zdolności rysownicze, używali go też Niemcy do przygotowywania map operacyjnych, gdzie nanoszono planowane akcje przeciw partyzantom. W ten sposób Frabt był osobą zorientowaną doskonale o wszystkich posunięciach Niemców. Choć sam też był Niemcem, urodził się i wychował na ziemi polskiej, czuł się jej synem, a nienawidził faszystów. Informował przeto o każdym kroku skierowanym przeciwko partyzantom, oddawał w ten sposób nieocenione usługi. Działał przy tym bardzo ostrożnie i nie dał się zdemaskować. Zresztą partyzanci „Pożarskiego” podejmowali operacje odwetowe w taki sposób, aby nie wywołać u Niemców wrażenia, iż ich plany są znane wcześniej. Dzięki temu udało się m.in. wysadzić w powietrze i zniszczyć pod Sanokiem transport wojskowy, zmierzający na front wschodni, dokonano akcji „folwark” w Bykowcach, rozbito szereg posterunków niemieckich w rejonie Sanoka.

Po zakończeniu wojny przez jakiś czas w górach miały kryjówki bandy UPA, stopniowo jednak wracał tu spokój, cisza. Góry Słonne są piękne o każdej porze roku, zachwycają niezwykle malowniczym przełomem Sanu, jesiennymi barwami lasów, bogactwem roślinności, licznymi uroczyskami, miejscami, gdzie rzadko stąpa człowiek, obfitością runa leśnego, pięknie wkomponowanymi wioskami i rozciągającymi się z nich widokami. To jedno z nielicznych już miejsc, gdzie znaleźć można odległe echa minionego czasu.

Podobne wpisy